Cain milczy, zwracając się z powrotem na balkon. Unoszę jedną brew w niemałym podziwie. Właśnie mnie zignorował, oszczędzając przy tym na wszystkich tekstach, które miałyby na celu mnie urazić. Coś jest ewidentnie nie tak, a znam go — choć to za dużo powiedziane — na tyle, żeby stwierdzić, że zachowuje się tak tylko zły albo przybity Cain.
Jedyne, co nie poddaję wątpliwościom, to to, że musieliśmy wrócić naprawdę późno, a to z kolei oznaczało jedno... wpadliśmy na Erica. Chowam bojowy nastrój w kieszeń i wzdycham głośno, co wprowadza do mojego organizmu nutę pozornego opanowania. Za wszelką cenę, nawet udawania spokojnej, muszę dowiedzieć się więcej.
Wychodzę za Cainem na balkon i opieram się o przemarzłą barierkę. Temperatura na zewnątrz dzisiaj nie rozpieszcza, ale jest całkiem znośnie jak na Nix. Mogę nawet pokusić się o stwierdzenie, że panuje ciepło w porównaniu do nocy, podczas której Cain zamknął mnie na balkonie i miał z tego nieironiczny ubaw.
— A ten „gorszy problem”?
Cain znowu odpala papierosa. Zanim mi odpowiada, zaciąga się dymem.
— Za moment będziemy mieli diabła na linii — odpiera zdawkowo. — Podobno Eric zdołał ją uspokoić, ale nie wierzę, że to ma trwały efekt.
— Savannah? — Marszczę brwi. W mojej głowie pojawia się jeszcze większy mętlik.
Co musiało się stać, że Savannah chce z nami rozmawiać? Gdzie my, do chuja, że tak powiem, wylądowaliśmy tamtej nocy i jak to się skończyło? Wewnętrzna pesymistka mówi mi, że skończyło się bardzo źle, ale w tej sytuacji nie ma czegoś takiego jak optymizm.
— Nie, Czerwonego Kapturka — mówi aż nazbyt sarkastycznie, a ja przewracam oczami. Skupiam się teraz na tym, jak mam się zachować, ale bez żadnej wiadomości o tym, co się stało, nie potrafię niczego przewidzieć.
— Jak mam się zachowywać? — mówię na głos, bez żadnych ogródek, co odsłania mój niepokój. Radzę się Hawthorne'a. Chyba właśnie zaliczam dno.
— Jak ktoś, kto został naćpany.
— Jaki?! — Robię się blada.
— Kurwa, Snow, brak ci piątej klepki, ale nie sądziłem, że jesteś głucha. — Wyrzuca papierosa za balkon. Cain wydaje się zwisać na skraju cierpliwości i to wcale nie z mojego powodu, choć pewna nie jestem. — Choć raz nie próbuj wyprowadzić mnie z równowagi po tym, jak ktoś inny cię już w tym wyręczył. Mimo że dbają o to, bym był sam, z dala od ludzi i mediów, ty jesteś w tym momencie kimś, kto zabiera mi tą przestrzeń, która należy mi się jak psu buda. Najlepiej...
— Najlepiej co? — Gwałtownie podchodzę bliżej, prawie stykając się z jego klatką piersiową. Cain lustruje mnie wzrokiem. — Dlaczego jesteś tak naburmuszony? Jeśli jest coś, czym zawiniłam, a tego nie pamiętam, to nie zachowuj się jak ostatni bachor, tylko powiedz mi to prosto w twarz. Jest szansa, że za to nie oberwiesz.
— Doprawdy? Wczoraj nie zachowywałaś się tak, jakbym miał oberwać — odparowuje, na co marszczę brwi. W jego oczach na jedną chwilę pojawia się błysk rozumu i zamyka usta, zaciskając przy tym szczękę. Potem odsuwa się na bok i znów opiera o barierkę.
On nie mówi już nic, a ja nie mam nerwów, by pytać. Od niego i tak niewiele się dowiem. Wycofuję się wgłąb apartamentu. Prawie dostaję ataku serca, gdy dostrzegam Jaspera kończącego za nas nasz serwis śniadaniowy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz