wtorek, 22 września 2020

I kolejny post

Cain milczy, zwracając się z powrotem na balkon. Unoszę jedną brew w niemałym podziwie. Właśnie mnie zignorował, oszczędzając przy tym na wszystkich tekstach, które miałyby na celu mnie urazić. Coś jest ewidentnie nie tak, a znam go — choć to za dużo powiedziane — na tyle, żeby stwierdzić, że zachowuje się tak tylko zły albo przybity Cain.

Jedyne, co nie poddaję wątpliwościom, to to, że musieliśmy wrócić naprawdę późno, a to z kolei oznaczało jedno... wpadliśmy na Erica. Chowam bojowy nastrój w kieszeń i wzdycham głośno, co wprowadza do mojego organizmu nutę pozornego opanowania. Za wszelką cenę, nawet udawania spokojnej, muszę dowiedzieć się więcej.

Wychodzę za Cainem na balkon i opieram się o przemarzłą barierkę. Temperatura na zewnątrz dzisiaj nie rozpieszcza, ale jest całkiem znośnie jak na Nix. Mogę nawet pokusić się o stwierdzenie, że panuje ciepło w porównaniu do nocy, podczas której Cain zamknął mnie na balkonie i miał z tego nieironiczny ubaw.
— A ten „gorszy problem”?
Cain znowu odpala papierosa. Zanim mi odpowiada, zaciąga się dymem.
— Za moment będziemy mieli diabła na linii — odpiera zdawkowo. — Podobno Eric zdołał ją uspokoić, ale nie wierzę, że to ma trwały efekt.
— Savannah? — Marszczę brwi. W mojej głowie pojawia się jeszcze większy mętlik.
Co musiało się stać, że Savannah chce z nami rozmawiać? Gdzie my, do chuja, że tak powiem, wylądowaliśmy tamtej nocy i jak to się skończyło? Wewnętrzna pesymistka mówi mi, że skończyło się bardzo źle, ale w tej sytuacji nie ma czegoś takiego jak optymizm.
— Nie, Czerwonego Kapturka — mówi aż nazbyt sarkastycznie, a ja przewracam oczami. Skupiam się teraz na tym, jak mam się zachować, ale bez żadnej wiadomości o tym, co się stało, nie potrafię niczego przewidzieć.
— Jak mam się zachowywać? — mówię na głos, bez żadnych ogródek, co odsłania mój niepokój. Radzę się Hawthorne'a. Chyba właśnie zaliczam dno.
— Jak ktoś, kto został naćpany.
— Jaki?! — Robię się blada.
— Kurwa, Snow, brak ci piątej klepki, ale nie sądziłem, że jesteś głucha. — Wyrzuca papierosa za balkon. Cain wydaje się zwisać na skraju cierpliwości i to wcale nie z mojego powodu, choć pewna nie jestem. — Choć raz nie próbuj wyprowadzić mnie z równowagi po tym, jak ktoś inny cię już w tym wyręczył. Mimo że dbają o to, bym był sam, z dala od ludzi i mediów, ty jesteś w tym momencie kimś, kto zabiera mi tą przestrzeń, która należy mi się jak psu buda. Najlepiej...
— Najlepiej co? — Gwałtownie podchodzę bliżej, prawie stykając się z jego klatką piersiową. Cain lustruje mnie wzrokiem. — Dlaczego jesteś tak naburmuszony? Jeśli jest coś, czym zawiniłam, a tego nie pamiętam, to nie zachowuj się jak ostatni bachor, tylko powiedz mi to prosto w twarz. Jest szansa, że za to nie oberwiesz.
— Doprawdy? Wczoraj nie zachowywałaś się tak, jakbym miał oberwać — odparowuje, na co marszczę brwi. W jego oczach na jedną chwilę pojawia się błysk rozumu i zamyka usta, zaciskając przy tym szczękę. Potem odsuwa się na bok i znów opiera o barierkę.
On nie mówi już nic, a ja nie mam nerwów, by pytać. Od niego i tak niewiele się dowiem. Wycofuję się wgłąb apartamentu. Prawie dostaję ataku serca, gdy dostrzegam Jaspera kończącego za nas nasz serwis śniadaniowy.

Kolejny początkowy

Cain milczy, zwracając się z powrotem na balkon. Unoszę jedną brew w niemałym podziwie. Właśnie mnie zignorował, oszczędzając przy tym na wszystkich tekstach, które miałyby na celu mnie urazić. 

Coś jest ewidentnie nie tak, a znam go — choć to za dużo powiedziane — na tyle, żeby stwierdzić, że zachowuje się tak tylko zły albo przybity Cain. 

Jedyne, co nie poddaję wątpliwościom, to to, że musieliśmy wrócić naprawdę późno, a to z kolei oznaczało jedno... wpadliśmy na Erica. Chowam bojowy nastrój w kieszeń i wzdycham głośno, co wprowadza do mojego organizmu nutę pozornego opanowania. Za wszelką cenę, nawet udawania spokojnej, muszę dowiedzieć się więcej.

Wychodzę za Cainem na balkon i opieram się o przemarzłą barierkę. Temperatura na zewnątrz dzisiaj nie rozpieszcza, ale jest całkiem znośnie jak na Nix. Mogę nawet pokusić się o stwierdzenie, że panuje ciepło w porównaniu do nocy, podczas której Cain zamknął mnie na balkonie i miał z tego nieironiczny ubaw.
— A ten „gorszy problem”?
Cain znowu odpala papierosa. Zanim mi odpowiada, zaciąga się dymem.
— Za moment będziemy mieli diabła na linii — odpiera zdawkowo. — Podobno Eric zdołał ją uspokoić, ale nie wierzę, że to ma trwały efekt.
— Savannah? — Marszczę brwi. W mojej głowie pojawia się jeszcze większy mętlik.
Co musiało się stać, że Savannah chce z nami rozmawiać? Gdzie my, do chuja, że tak powiem, wylądowaliśmy tamtej nocy i jak to się skończyło? Wewnętrzna pesymistka mówi mi, że skończyło się bardzo źle, ale w tej sytuacji nie ma czegoś takiego jak optymizm.
— Nie, Czerwonego Kapturka — mówi aż nazbyt sarkastycznie, a ja przewracam oczami. Skupiam się teraz na tym, jak mam się zachować, ale bez żadnej wiadomości o tym, co się stało, nie potrafię niczego przewidzieć.
— Jak mam się zachowywać? — mówię na głos, bez żadnych ogródek, co odsłania mój niepokój. Radzę się Hawthorne'a. Chyba właśnie zaliczam dno.
— Jak ktoś, kto został naćpany.
— Jaki?! — Robię się blada.
— Kurwa, Snow, brak ci piątej klepki, ale nie sądziłem, że jesteś głucha. — Wyrzuca papierosa za balkon. Cain wydaje się zwisać na skraju cierpliwości i to wcale nie z mojego powodu, choć pewna nie jestem. — Choć raz nie próbuj wyprowadzić mnie z równowagi po tym, jak ktoś inny cię już w tym wyręczył. Mimo że dbają o to, bym był sam, z dala od ludzi i mediów, ty jesteś w tym momencie kimś, kto zabiera mi tą przestrzeń, która należy mi się jak psu buda. Najlepiej...
— Najlepiej co? — Gwałtownie podchodzę bliżej, prawie stykając się z jego klatką piersiową. Cain lustruje mnie wzrokiem. — Dlaczego jesteś tak naburmuszony? Jeśli jest coś, czym zawiniłam, a tego nie pamiętam, to nie zachowuj się jak ostatni bachor, tylko powiedz mi to prosto w twarz. Jest szansa, że za to nie oberwiesz.
— Doprawdy? Wczoraj nie zachowywałaś się tak, jakbym miał oberwać — odparowuje, na co marszczę brwi. W jego oczach na jedną chwilę pojawia się błysk rozumu i zamyka usta, zaciskając przy tym szczękę. Potem odsuwa się na bok i znów opiera o barierkę.
On nie mówi już nic, a ja nie mam nerwów, by pytać. Od niego i tak niewiele się dowiem. Wycofuję się wgłąb apartamentu. Prawie dostaję ataku serca, gdy dostrzegam Jaspera kończącego za nas nasz serwis śniadaniowy.

Początkowy post

Odzyskuję świadomość, zaatakowana nagłym, potwornym bólem głowy, wskutek którego długo nie zdaję sobie sprawy, że mam na twarzy grymas cierpienia i dezorientacji. Otacza mnie miękkość i ciepło pościeli, a mimo to czuję jak moim ciałem targają równomierne drgawki, jak mi zimno i duszno na zmianę. Czołgam się po pustym materacu — Caina tu nie ma, jednak niewiele mnie to obchodzi, gdy w mgnieniu oka moim priorytetem staje się łazienka. Nie wiem, co się dzieje ze mną, moją pamięcią i niepokoją mnie nagłe mdłości, które skłaniają mnie do zwrócenia posiłku, o jakim nawet nie miałam pojęcia.

Siedząc na skraju wanny, wpatruję się w swoje smutne, zmarnowane odbicie. Pierwszy raz jestem zdania, że lustro powinno pęknąć na mój widok. Ba, nawet po niezłej imprezie z Izzy, nie pamiętając co i jak, nie czułam się i nie wyglądałam tak, jak teraz. Skulona w sobie, z dziurą w pamięci, z niesamowitym, wyżerającym bólem głowy i tą falującą pustką w żołądku. Skupiam się i staram przywrócić do umysłu cokolwiek, co wydaje mi się choć odrobinę prawdziwe, niemające wspólnego z nocnym majaczeniem i snami. Przed oczami błyskają mi tylko pojedyncze fragmenty poprzedniego wieczoru — wracałam z Cainem po Jaspera i Harvey'a. Nie mam zielonego pojęcia, jak się stamtąd wydostaliśmy, ani nawet nie chcę łączyć wątków, bo mój ogólny stan nie wróży czegoś, o czym chciałabym wiedzieć. A jednak pustka w głowie i dziwne otępienie zmusza mnie do porządnych refleksji.

Boję się, że zrobiłam coś głupiego.

Coś bardzo głupiego.

Nie wydaje mi się, bym brała cokolwiek odurzającego. Ani piła. Nie przypominam sobie nawet kieliszka mocnej, nixiańskiej wódki, o jakiej tyle tu mówią, zresztą w życiu nie napiłabym się w towarzystwie tych trzech idiotów.

Przemywam twarz wodą, odkrywając przed światem istnienie resztek makijażu na mojej skórze. Krzywię się, wycieram tusz przemykający po mojej powiece, rozmywając go bardziej. Koszmar. Wyglądam jak koszmar. Skupiam się więc tylko na tym, by pod prysznicem przywrócić się do porządku, następnie odświeżyć twarz i nadać jej nieco żywszego wyrazu, w czym pomaga mi niewielka ilość makijażu. Gdyby nie to, że potrafię odczytać swoje zmieszane myśli, to teraz, patrząc w odbicie, widziałabym dziewczynę kompletnie pozbawioną trosk. Kiedy wychodzę z łazienki, moim problemem staje się nadmierna suchość w gardle i niemiły dla nozdrzy dym papierosowy wpadający zza otwartego balkonu. Wiatr musiał poruszyć zasłoną, bym uświadomiła sobie, że ogarnia mnie zimno Nix. Na tacy śniadaniowej została tylko kawa, talerz pod przykryciem i parę świeżych owoców. Zapach jakiegokolwiek jedzenia powoduje, że znów robi mi się niedobrze, ale cudem hamuję torsje.

— Byłem prawie pewien, że już odleciałaś do krainy wiecznego szczęścia. — Z balkonu dobiega mnie beznamiętny głos Caina. Nie mija kolejna chwila, a mężczyzna wraca do wnętrza apartamentu, niemal od razu dając mi poczuć cuchnący dym roznoszący się dookoła niego.

Nie mam ochoty na odgryzanie się. Po prostu nie mam. To dowód, że jest ze mną fatalnie.

— Jeszcze pół godziny temu byś się nie pomylił — odpieram, siadając na łóżku. Czuję, że dezorientacja jest wszystkim, co teraz widoczne na mojej twarzy. — Co się działo wczoraj?